Bajka o aniele przewodniku

wpis w: inspiracja 0

Była sobie Marta. Miała babcię, która opowiadała jej bajki. Kiedy dziewczynka wracała z przedszkola, biegła prosto do pokoju babci. Układały sobie gniazdo z poduszek i zaczynały opowieści. Najpierw opowiadała Marta, potem babcia, a kiedy już miały dość gadania, urządzały bitwę.

babcia

Kiedy nadeszła jesień, babcia zachorowała. Nie miała siły walczyć na poduszki ani opowiadać bajek. A pewnego razu, gdy dziewczynka wróciła z przedszkola, pokój babci stał pusty.

– Pojechała się leczyć – powiedziała mama.  – Kazała powiedzieć, że strasznie cię kocha i wróci, gdy poczuje się lepiej.

Ale babcia nie wracała, a Marta tęskniła coraz mocniej.

– Mamo – spytała. – Czy mogłybyśmy do niej pojechać?

– Nie, córeńko – mama mocno przytuliła dziewczynkę. – Czasem tak jest, że ludzie muszą wyjechać bardzo daleko i nie można ich już odwiedzić.

Przyszedł tata i razem oglądali album rodzinny, a potem Marta zasnęła z babci zdjęciem pod poduszką. Śniło jej się, że spieszy się na ważne spotkanie i po ciemku nie może znaleźć drogi. Nagle błysnęło światło i dziewczynka znalazła się na polance. Pod drzewem stał chłopak w zielonej kurtce z mnóstwem kieszeni. Nosił latarkę czołówkę i wyglądał jak wujek Kostek, tylko na plecach miał szare skrzydła. Takie jak dzikie gęsi.

– Spóźniłaś się! – powiedział – Jeśli chcesz wrócić przed świtem, musimy ruszać natychmiast. Jasne?

– Jasne… – wyjąkała Marta.

– Jestem twoim przewodnikiem. Musisz iść za mną, nie schodzić z drogi i nie zostawać w tyle.

Wyjął z kieszeni mapę i zanim dziewczynka zdążyła spytać, dokąd idą, popędził przed siebie. Marta musiała porządnie wyciągać nogi, żeby za nim nadążyć. Przez jakiś czas wędrowali lasem, przeskakując przez grube korzenie i wspinając się pod górę. Dziewczynka widziała tylko plecy przewodnika. Zasapał się i spociła, ale wędrowiec nie zwalniał kroku, a po jakimś czasie Marta spostrzegła, że jej oddech stał się lekki i zmęczenie minęło. Wiatr rozwiał resztki mgły i dziewczynka krzyknęła ze zdumienia. Stali na kamiennym placyku. Wokół nich jaśniało niebo, a to, co Marta wzięła za mgłę, było po prostu chmurami.

– No, to jesteśmy – mruknął chłopak i podprowadził ją do kutej, żelaznej furtki. Za bramą kwitły jabłonie, a pod drzewami, przy długim stole, siedzieli jacyś ludzie.

– Martuśka! – krzyknął ktoś radośnie.

Od stołu zerwała się znajoma postać w kolorowym swetrze.

– Babcia… – szepnęła dziewczynka.

Ściskały się i całowały, a kiedy wreszcie oderwały się od siebie, babcia podprowadziła ją do stołu.

– Poznajesz? – spytała.

Marta rozejrzała się po uśmiechniętych twarzach i zrozumiała, że zna je dobrze. Widziała je w starym albumie ze zdjęciami.

– Jesteśmy tu wszyscy – powiedziała babcia. – Siedzimy sobie pod drzewami i odpoczywamy. Chcesz herbaty z sokiem malinowym?

W ogrodzie pod jabłoniami każdy robił to, na co miał ochotę, i wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż tam, na dole. Wreszcie babcia zawołała ją od stołu.

– Czas na ciebie, królewno – powiedziała. – Twój Anioł czeka przy furtce. Kiedyś przyjdziesz tu na zawsze i będziemy bawić się w ogrodzie. Ale teraz musisz wracać do mamy i taty.

Dziewczynka uściskała wszystkich i wybiegła na kamienny placyk, gdzie czekał Anioł Przewodnik. Droga powrotna wydawała się krótsza. Kiedy byli już w lesie, wędrowiec puścił Martę przodem. Sama znalazła ścieżkę. Przewodnik został na skraju polany. Uśmiechnął się i zniknął w lesie. Marta też się uśmiechnęła. Leżała we własnym łóżku, a na poduszce fotografia babci. Niebo za oknem było jasne, a chmury lekkie i biało-różowe, jak kwitnące jabłonie.

– Pewnego dnia do was przyjdę! – szepnęła – Jak przyjdzie czas!

I boso popędziła do łóżka rodziców na poranne turlanie.

 

Andrzej Niedźwiedź i Natalia Usenko

 

Dodaj komentarz